tekst przysłany do redakcji strony przez
panią Teresę Walasiak Kwiek
„W zimie 1918 roku przez Czerwony Krzyż otrzymałam wiadomość o śmierci Ojca”
Słysząc w Juncowie o pociągach odjeżdżających z Mińska do Wilna, postanowiłam tam pojechać i szukać sposobu powrotu na Żmudź. Należy wspomnieć, że cała Białoruś aż po Dniepr zajęły w marcu wojska niemieckie. Od Niemców dowiedziałam się, że wielu Polaków wraca przez Mińsk do kraju. Powrót do rodzinnej Litwy nastręczył nie lada trudności. Trzy tygodnie oczekiwania w nieznajomym mieście wspominam jak czarną kartę. W komitecie wojskowych z rodzinami, czekających na „eszelon” zapisałam się na wyjazd do Wilna. Jak ciężką, chwilami beznadziejną była ta podróż-trudno wyrazić. Jechaliśmy trzy tygodnie. Pociąg zatrzymywano na bocznym torze i nie wiadomo było kiedy ruszy.
Okropna była kwarantanna na jakiejś węzłowej stacji. Wszystkich ulokowano w barakach z narami. Nadpisy na deskach ścian były przerażające! Wszy oblazły momentalnie nas wszystkich, dostawaliśmy raz na dzień zupę- putrę (tak nazywano jedzenie dla psów w Medyngianach). W kantynie wojskowej można było kupić pieczywo i słodycze. Po pięciu dniach mordęgi załadowano nas i bez przeszkód dojechaliśmy do Wilna.
Nie szukałam nikogo z krewnych, chciałam jechać do ukochanego domu byle prędzej. Trafiłam na pociąg w kierunku Możejk i tam wysiadłam, licząc na okazje do Telsz. I oto najmniej spodziewanie ujrzałam parę koni-żmudzinów i bryczkę pana Stanisława Narutowicza z Brewik. Poznał mnie, wyskoczył z drabiaku i po krótkiej wymianie zdań obiecał zabrać do Brewik i odesłać do Medyngian. Jego rodzina wróciła już spod Smoleńska, gdzie pani Joanna Narutowiczowa zorganizowała szkołę dla młodzieży uchodźców z Polski z roku 1914-go.
Po krótkim pobycie w Brewikach odjechałam do Medyngian. Droga prowadziła przez Kontowcie, dobrze mi znane i wreszcie bryczka wjechała na boczną drogę z gościńca (bity trakt). Poznałam kapliczkę w kształcie okrągłej szafki ze stożkowatym dachem, a w
niej figurę Matki Najświętszej z bolesną twarzą. Było już tylko 2 km do domu. Wydawało mi się, że konie idą zbyt wolno, myślą byłam już wśród najbliższych. I oto o zachodzie słońca, dnia 18 czerwca 1918 roku stanęłam przed gankiem. Wybiegli moi bracia: Wercio, Kazio, Jerzyk. W ganku wpadłam w objęcia najdroższej Mamusi. Pamiętam, że płakałam z radości i szczęścia. Wszyscy mię otoczyli wokoło i dziwili się mej chudości oraz szarej twarzy.”
Krystyna Szukszto(1897 – 1987) była świetnym pedagogiem, polonistką na Litwie, a potem w Polsce.
Herbu Pobóg, ur. 15.11.1897r. w Medyngianach na Żmudzi, zm. w Pile 27.10.1987r. , córka Ludwika i Zofii z domu Narbutt (córki powstańca 1963 r), herbu Trąby.
Gdyby kogoś interesowały rody żmudzkie, to w posiadaniu rodziny są ciekawe dokumenty.
Bogata jest historia rodu Szuksztów sięgająca (w posiadanych dokumentach) XVI wieku.
Kr. Sz. wraz z kuzynką ofiarowały klasztorowi jasnogórskiemu w Częstochowie w latach 50-tych cenne pamiątki rodzinne – tzw. karbunkuły, czyli duże diamenty, służące za guziki przy delii, paradnego stroju pradziada Piotra Szukszty, posła na sejm, sygnatariusza Unii Lubelskiej (1569).
Także: ciwun ejragolski (1625/6), sekretarz królewski, podstolic kowieński, poseł na sejm konwokacyjny warszawski z Ks. Żmudzkiego w 1632 r.).
Uczynił zapis dla ubogich studentów,
„którzy maiąc ingenia do nauk sposobne dla niedostatku sumptu rodziców swoich osięknąć (pis.oryg.) lata iako w dymie domostwa muszą (…) życząc tedy aby przyięczenie nauk w ziemi Żmujdzkiej w Collegium Krozkim przyczynić się mogło i krew szlachecka polerowanie w naukach brała”.
Czy to nie pięknie powiedziane?
