Między drolerią a wydmuszką
Jako historyk sztuki, patrząc na wydarzenia w Muzeum Początków Państwa Polskiego, czuję potrzebę zabrania głosu bez zbędnej egzaltacji, ale z jasnym wskazaniem na fundamentalne zasady naszej profesji. Muzeum to nie tylko magazyn artefaktów; to przestrzeń dialogu, w której szacunek do odbiorcy i przedmiotu powinien stanowić nienaruszalny fundament.
Pojawiająca się w obronie wystawy teza, jakoby współczesne memy były prostą kontynuacją średniowiecznych drolerii, jest – w moim przekonaniu – nadużyciem merytorycznym. Owszem, średniowiecze znało groteskę, „świat na opak” i rubaszny żart na marginesach psałterzy. Jednak te dawne marginalia zawsze posiadały drugie dno – były mądrością ubraną w zwracającą uwagę formę, często stanowiąc moralną przestrogę przed chaosem. Gdy forma zostaje oderwana od głębszej treści tylko po to, by epatować kontrastem, staje się szkodliwą wydmuszką.
Można, a czasem nawet należy, poddawać dowcipnej krytyce ułomności ludzi – tych, którzy sacrum wypaczają swoją małością czy hipokryzją. To jest domena inteligentnej satyry. Jednak uderzanie bezpośrednio w same akty kultu i wizerunki będące dla milionów osób fundamentem sacrum, jest po prostu w złym guście.
W muzealnictwie narracyjnym istnieje cienka granica między edukacyjnym „mrugnięciem okiem” a prostackim nabijaniem się z wartości, które budowały naszą tożsamość. Jeśli jedynym celem ekspozycji staje się wywołanie szumu medialnego kosztem wrażliwości innych, to instytucja przestaje edukować, a zaczyna konfliktować. Prawdziwa sztuka i rzetelna historia powinny nas skłaniać do refleksji, a nie zostawiać z poczuciem niesmaku wywołanym przez treść, której brakuje klasy i intelektualnego ciężaru.
Jako osoby dbające o kulturę wysoką, powinniśmy wymagać od muzeów narodowych czegoś więcej niż tylko kopiowania internetowych trendów, które w zderzeniu z powagą miejsca stają się jedynie pustym i raniącym hałasem.
Wanda Niegolewska
