Amelia Dunin

dr Konstanty Chłapowski 

   W dniu 12 marca w godzinach późno wieczornych 2021 r. zmarła w Krakowie Amelia Dunin.

Amelia Maria Bernadetta z Dąmbskich Dunin urodziła się 21 marca 1928 r. w Poznaniu. Pochodziła z małopolskiej  ziemiańskiej rodziny, znanej z patriotycznych i prospołecznych postaw. Poprzez matkę związana była z licznymi rodzinami wielkopolskimi:  Żychlińskimi z Uzarzewa, Lipskimi, Biegańskimi, Szołdrskimi, Chłapowskimi czy Stablewskimi. Rodzicami byli Adolf i Antonina z Żychlińskich Dąmbscy herbu Godziemba- właściciele majątku ziemskiego w Kalinie Wielkiej w powiecie miechowskim.

   Ponieważ w internecie napisano bardzo dużo na temat Zmarłej, nie chcąc się powtarzać, ograniczę się do osobistych wspomnień, oraz pewnych uzupełnień.

   Szczęśliwie zachował się (pewnie podarowany mojej Matce – Marii z Biegańskich Chłapowskiej) list pisany, z okazji urodzin małej Amelki, pisanej przez moją Babkę, Marię z Szołdrskich Biegańską z Potulic. List pisany z Nicei nosi datę 6 kwietnia 1928 r. i zaczyna się tak: Kochana Antolko, kochany Adolfie.  Doszła mnie tu wiadomość o szczęśliwym przybyciu na świat Waszej Córy! – Przesyłam Wam serdeczne powinszowania i najlepsze życzenia dla Małej Amelki! Niech Bóg Ją obsypuje swemi darami jak najobficiej, aby Wam była jak największą pociechą.

   Wszyscy w swoich wspomnieniach o Lili (tak nazywaliśmy Ją w najbliższej rodzinie), piszą o pomocy finansowej dla Armii Krajowej, oraz udzieleniu schronienia kilku osobom narodowości żydowskiej przez Jej ojca. Myślę, że trzeba też koniecznie wspomnieć, że w tamtych czasach w dworze w Kalinie znalazło schronienie kilkanaście osób z bliższej czy dalszej rodziny- wypędzonych ze swoich siedzib w Wielkopolsce (m. in. ja i moja Matka). Pisze o tym Lila w kilku stronicowych wspomnieniach, napisanych w sierpniu 2009  specjalnie: dla Izy i Kotka od Amelii Dąbskiej Duninowej. Pisze też o lekarce pediatrze, która jako Żydówka w naszym domu znalazła sposób na przetrwanie wojny. Jej to zawdzięczam, że wyciągnęła mnie z ciężkiej szkarlatyny i nie dopuściła by ktoś z domowników bardzo licznych zaraził się.

   We wspomnieniach  Lili można przeczytać, że dzieciństwo spędzała w dwóch majątkach: Kalina Wielka i Uzarzewo. Z kronikarskiego obowiązku muszę uzupełnić jeszcze o Potulice Biegańskich, koło Wągrowca. Pisze tak: Od najmłodszych lat, co roku zimę spędzałyśmy w Poznańskim, gdyż Mama chciała odwiedzić swoje strony i bliższą czy dalszą Rodzinę. Zwykle wyjeżdżało się z początkiem listopada i wracałyśmy do Kaliny na Wielkanoc. W czasie tego pobytu co najmniej miesiąc byłyśmy w Potulicach. Mama zostawała w Poznaniu u Babci, a my (Lila ze swoją siostrą Oleńką) z naszą nauczycielką jechałyśmy albo do Uzarzewa czy Potulic. Naturalnie wolałyśmy pobyt w Potulicach, na który to pobyt zawsze cieszyłyśmy się, tam bowiem byłyśmy przyjmowane z niezwykłą serdecznością.

   Lilę , praktycznie znałem od zawsze. Pamiętam jak opowiadała mi o naszym, nazwijmy to, pierwszym spotkaniu. Otóż gdzieś w maju- czerwcu 1940 r. przyjechaliśmy z moją Matką z Warszawy do Kaliny i zamieszkaliśmy we dworze. Ona, wtedy dwunastoletnia panienka, nosiła mnie, kilkumiesięcznego bobasa, na rękach. Po jakimś czasie zrobiło się we dworze tak ciasno (od innych uchodźców z Wielkopolski), że wyjechaliśmy dalej do innej rodziny koło Rzeszowa.

    W latach pięćdziesiątych odwiedzaliśmy Jej rodzinę od czasu do czasu. Wejście do krakowskiego mieszkania na Kanoniczej odbywało się według pewnego rytuału. Stojąc jeszcze na ulicy trzeba było pociągnąć za rączkę zrobioną z grubego drutu umocowaną przy starej kutej bramie. Gdzieś tam wgłębi odzywała się sygnaturka. Po chwili otwierało się na piętrze małe okienko i wychylała się głowa Lili lub jej Matki. Słychać było długie aaaaa, i na sznurku zjeżdżał płócienny woreczek z kluczami od drzwi w owej bramie. Uścisków i okrzyków nie było końca. Wchodziło się do pięknego, pełnego antyków i rodzinnych pamiątek mieszkania. Na ścianach sporo portretów, wśród których rzucał się w oczy wspaniały portret kardynała Jana Aleksandra Lipskiego (1690- 1746).

   Lila była chodzącą encyklopedią na temat rodziny czy raczej rodzin w szerokim tego słowa pojęciu. Przez wiele lat odwiedzałem Ją zawsze kiedy to z plecakiem przejeżdżałem przez Kraków.

Dzwoniliśmy do siebie, a rozmowy trwały na ogół nie krócej niż godzinę, kiedy to Lila, z szybkością karabinu maszynowego, opowiadała mi różne rodzinne historie i ploteczki. Ja z kolei rewanżowałem się opowiadając o moich rejsach na dalekomorskich statkach rybackich na afrykańskich łowiskach. Było minęło…

dr Konstanty Chłapowski