Kaleczona tożsamość

Krzysztof Wysołuch

Niniejszy esej to kompilacja spostrzeżeń, opinii i  wniosków z różnych lektur. 

Kultura polska – czy się komuś podoba czy nie, była w swej istocie, w swych różnorodnych przejawach – aż po współczesność – kulturą szlachecką. Nie ulega wątpliwości, że ów powstały nad Wartą, Wisłą, Niemnem, Dniestrem styl szlachecki pozostaje jedynym oryginalnym stylem polskim.

Styl ten charakteryzuje się umiłowaniem wolności, brawurą i autentyczną dumą szlachty, także tej drobnej, z klejnotu i honoru. Staropolskie przysłowie przedstawia w skrócie obraz stosunków panujących w Polskiej Rzeczpospolitej szlacheckiej, w której podstawową zasadą była równość panów braci niezależnie od ich sytuacji materialnej – szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Można to interpretować jako zalążek tradycji polskiej demokracji. Pod koniec XVIII wieku szczególnie dużo szlachty, zwłaszcza ubogiej, występowało na Mazowszu i na Podlasiu – aż 50 do 90 % ogółu ludności w przeciwieństwie do terenów np. takiej Francji, gdzie przed 1789 rokiem stan szlachecki, niezwykle hermetyczny, stanowił jedynie 1 – 2 % społeczeństwa (Jerzy Samson-Zakrzewski Historia stanu szlacheckiego w zarysie ). Powodowało to bardzo duże napięcia społeczne i w efekcie doprowadziło do strasznego wybuchu społecznego w postaci Rewolucji Francuskiej, która pociągnęła za sobą wiele zbrodni w postaci m.in. rzezi w Wandei. Rewolucja ta kosztowała społeczeństwo francuskie oprócz olbrzymich strat finansowych około 200 tys. ofiar. W Rzeczpospolitej tego rodzaju napięć społecznych szczęśliwie uniknięto, m. in. dzięki względnej otwartości stanu szlacheckiego na ludzi z innych stanów poprzez adopcję do rodu herbowego albo tzw. proces nobilitacji lub indygenat.

Symbolem kultury polskiej pozostaje dwór, słowo-klucz obejmujące swym zakresem znaczeniowym zarówno sferę materialną jak i duchową. Pierwsze znaczenie odnosi się do  siedziby szlacheckiej a z czasem szerzej, ziemiańskiej. Ziemianin to niekoniecznie szlachcic  i w ciągu wieków to określenie stało się dla Polaków tym czym słowo – farmer –  dla Amerykanów. 

Dwór stanowi także materialną syntezę przedmiotów gromadzonych pod jednym dachem przez kilka pokoleń, rzeczy zarówno użytku codziennego, jak i służących zaspokajaniu potrzeb intelektualnych ich właścicieli. Jedne i drugie to dzieła sztuki, np. zdobniczej czy użytkowej. Prawie w  każdym dworze były różnorakie okazy mebli, obrazów, rzeźb, sreber, porcelany, broni, instrumentów muzycznych, ozdobnych tkanin, książek, map i niejednokrotnie rodzinnych archiwów. To dzięki udekorowaniu skromnych nieraz wnętrz owymi arcydziełami anonimowych rzemieślników „… komnaty sprawiały wrażenie bogactwa aż do pewnego stopnia nawet zbytku…” (Władysław Łoziński, Życie polskie w dawnych wiekach).

Tradycyjny typ dworu polskiego ukształtował się ostatecznie w XVII wieku – najczęściej drewniany (prawie 90 % domów szlacheckich w owym stuleciu wybudowano z tego materiału) parterowy budynek, rzadziej piętrowy, obrosły licznymi alkierzami, z choćby najskromniejszym portykiem kolumnowym od frontu, zwieńczonym trójkątnym tympanonem, który z czasem stał się znakiem rozpoznawczym sygnalizującym, że oto w tym domu mieszka szlachcic. Jak ważny był to ów akcent niech zaświadczy spostrzeżenie historyka brytyjskiego. Omawiając fenomen szlachty polskiej, Norman Davies napisał: „Polska drobna szlachta była czymś jedynym w swoim rodzaju. W niektórych dzielnicach (…) stanowiła jedną czwartą ogółu mieszkańców. W niektórych okręgach szlachta zaściankowa – czyli, siedząca za ścianą, tworzyła całą ludność osady, tak zwanego zaścianka. Szlachta broniła swojego sposobu życia często z determinacją – mogła mieszkać w ruderach ale każda taka rudera musiała mieć ganek a nad nim tarczę z rodowym herbem”. Rozglądając się uważnie po krajobrazie współczesnej Polski nie zobaczymy wprawdzie zbyt wielu zabytków omawianego stylu – ponad pół wieku panowania barbarzyńców zrobiło swoje – ale bystry obserwator zauważy, że duch dworu, w postaci stylu dworkowego jest obecny w III Rzeczpospolitej. Biały dom z kolumnami, nakryty łamanym dachem, stał się preferowanym typem rezydencji wielu mieszkańców podmiejskich dzielnic. Ten typ budynków popularny jest zarówno na przedmieściach wielkich miast, jak i w wiejskich zakątkach całego kraju. Nie ma zresztą w tym architektonicznym snobizmie niczego nagannego. Wyrazem tych samych tęsknot jest popularność biur heraldyczno-genealogicznych. Wprawdzie tytuły, herby, herbarze to przeszłość ale jakże nobilitującym jest posiadanie własnego drzewa genealogicznego, w którego korzeniach znajduje się przodek ze szlacheckim nazwiskiem, nawet jeśli umieszczono go tam niekoniecznie zgodnie z historyczną prawdą.

„My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelka cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna: tą rzeczą jest honor”. Te słowa wypowiedziane przez ministra spraw zagranicznych Józefa Becka w przemówieniu sejmowym 5 maja 1939 roku, stały się jego najczęściej cytowaną – być może jedyną funkcjonującą w świadomości powszechnej – wypowiedzią. Zostawiając sporom historyków postać międzywojennego polityka, trzeba przyznać, że wygłoszona myśl (Beck powiedział to, odrzucając żądania Niemiec włączenia Gdańska do Rzeszy) jest piękna w swej prostocie i odnosi się do jednej z najwyższych wartości – honoru.

To wykształcone w kulturach łacińskiej i japońskiej pojęcie, w kulturach różnych od siebie na dwóch krańcach świata, stało się szczególnym uniwersum szlachty polskiej i głównym składnikiem tworzącym duchową substancję pojęcia dwór. Honor oprócz herbu był najważniejszym dobrem, nierozerwalnie wiązał się z klejnotem szlacheckim a o ludziach, którzy go nie posiadali mówiono, że nie mają „właściwości honorowych” (sformułowanie z Kodeksu Boziewicza). Trudno wyobrazić sobie większa obrazę dla człowieka niż utrata owego cenionego przymiotnika. Przyjęte przez szlachtę polską normy honoru wywodzą się ze średniowiecznego etosu rycerskiego i stanowią naszą część kulturowego dziedzictwa europejskiego. Honor nakazywał stawać w obronie ojczyzny i kobiet, dotrzymywać wierności swojemu suwerenowi i danego słowa. O tym, jak ważne w chwilach próby okazywało się przywiązanie do wartości tak nieuchwytnych, jak honor czy klejnot szlachecki, świadczą fakty opisane przez Zofię Kossak w Pożodze. Na Kresach żyły tysiące szlachty zagonowej, biednej, często na granicy nędzy, ciemnej, nieufnej wobec polskich „panów” , z którymi jednak łączyła je religia, pochodzenie i szlachectwo. Gdy na Podolu, Pokuciu i Wołyniu zapłonęły polskie dwory a wieś ukraińska chciwa krwi i cudzego dobra ruszyła po nie z widłami i toporami, owa szlachta – metaforyczny „proletariat kresowy” –  z marginalnymi wyjątkami nie wzięła udziału w pogromach. „Rabunek dworu, choć tak kuszący, włączony został jednomyślnie do kategorii występków hańbiących i cały prawie ogół szlachecki nie wziął w nim udziału” (Zofia Kossak, Pożoga). 

Zapoczątkowany rozbiorami rozpad szlacheckiego świata doprowadził w drugiej połowie XIX wieku do zmiany struktury społecznej i powstania społeczeństwa szlachecko-mieszczańsko-chłopskiego. Dwór w dalszym ciągu trzymał się mocno ale po raz pierwszy na taką skalę część jego mieszkańców w wyniku historycznych i gospodarczych przemian oraz kolejnych popowstaniowych represji zaczęła przenosić się do miasta. Do wielu rodzin szlacheckich, które w tym czasie zamieniły wiejski dwór na dom lub mieszkanie w mieście, należeli rodzice przyszłego noblisty Henryka Sienkiewicza, autora Trylogii. W 1861 roku sprzedali oni majątek Wężyczyn nad Świdrem i zamieszkali na stałe w Warszawie. Podobnie w 1875 roku rodzina Piłsudskiego przeniosła się z majątku Zułowa do Wilna. Wreszcie w konsekwencji I wojny światowej oraz rewolucji bolszewickiej do miast i miasteczek napłynęła wysadzona z siodła szlachta kresowa, której rozgrabione majątki pozostały poza granicami II Rzeczpospolitej.

Efektem tego rozłożonego na pokolenia procesu było wykrystalizowanie się nowej grupy społecznej – inteligencji, która pieczołowicie kultywowała etos szlachty polskiej, wzbogacając go dziewiętnastowiecznymi wartościami pozytywistycznymi. Patriotyzm, honor, poczucie obowiązku, wierność i lojalność wobec ojczyzny, służba społeczna, religia, pielęgnacja tradycji, wykształcenie dzieci – to czołowe atrybuty tej elitarnej grupy. Każdy przysłowiowy Połaniecki, Niechcic, Bohatyrowicz, Cegielski czy Marcinkowski chciał dać swoim dzieciom „korzenie i skrzydła”. 

Pod koniec stulecia powstań dwór żeglował powoli w sferę mitu jako ostoja polskości, swojskości, prostych i sprawdzonych wartości, szczęśliwego życia i w ogóle starych dobrych czasów, stając się w XX wieku czymś otaczanym afirmacją, nostalgią, za czym się tęskni i co wywołuje miłe skojarzenia jak Boże Narodzenie, dzieciństwo, powrót po latach w rodzinne strony. Tak widzianego dworu w oryginale na próżno dziś szukać w pejzażu polskim, pejzażu okaleczonym ale ma on swoje stałe miejsce w przestrzeni mentalnej Polaków.

Szacuje się, że w XVIII wieku na ziemiach polskich było około stu tysięcy dworów. Wiadomo, jaka część historii przypadła w udziale temu fragmentowi Europy, ile przetoczyło się przez nią wojen, powstań i pożarów, ile wojsk go zdeptało i ile rąk grabiło. 

Stosunek do własności stanowi niewątpliwie jedną z kluczowych różnic dzielących przeciwników i zwolenników komunizmu, konserwatystów i liberalnych lewicowców, ludzi kultury łacińskiej i tzw. ludzi radzieckich nazywanych dosadniej homo sovietikus. W narzuconym Polsce w końcu II wojny światowej systemie polityczno-gospodarczym pojęcie własności prywatnej uległo swoistej degrengoladzie, już samo słowo „własność” stało się nośnikiem treści podejrzanej politycznie. Najpierw w krótkim czasie, używając fałszywie zwrotu „nacjonalizacja” (właściwe znaczenie słowa „nacjonalizacja” to upaństwowienie własności prywatnej za godziwym odszkodowaniem) skonfiskowano Polakom domy, warsztaty pracy, przedsiębiorstwa, ziemię, fabryki, apteki, sklepy, prywatne kolekcje dzieł sztuki i literatury a później przez kilkadziesiąt lat uczono społeczeństwo lekceważenia, pogardy do wszystkiego co prywatne, do „prywaciarzy, obszarników, kułaków i badylarzy”. Symbolem burżuazyjnej, wrogiej klasowo, zgniłej „pańskiej Polski” stał się dwór. Propaganda komunistyczna wykreowała demoniczny obraz ziemianina-krwiopijcy, któremu sprawiedliwość dziejowa w postaci półpiśmiennych siepaczy władzy ludowej słusznie odebrała jego siedzibę aby ta odwiecznie służyła ludowi jako miejsce spotkań Koła Gospodyń Wiejskich lub posterunek MO lub magazyn kiszonej kapusty a z czasem, aby stać się naturalną koleją rzeczy schronieniem dla lokalnych pijaków.

Przeszłość jest podstawą, fundamentem życia w przyszłości – to prawo działa zarówno w odniesieniu do jednostki jak i całych narodów. Warunkiem podstawowym komunizmu pozostaje odwrócenie od przeszłości a krokiem następnym jej napisanie od nowa. Dziarscy „uszczęśliwiacze ludzkości”, niezależnie od szerokości geograficznej w jakiej działają, w Azji, w Europie, czy na Kubie, nie zajmują się niczym innym jak wyciąganiem fundamentów spod wielopiętrowych domów, z wiadomym efektem. Pokłosiem tej komunistycznej praktyki jest  drukowanie współcześnie artykułów o ziemiaństwie w kontekście wybranych tematów i zjawisk związanych tylko z wczesną fazą ewolucji systemu społecznego i stosunków własnościowych w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Przykładem mogą być artykuły z Polityki  „Pęta pańszczyzny” lub „Pańszczyźniany po wsze czasy”, rok 2016. Drukować je lub podsuwać młodemu czytelnikowi nie wspominając o szerszym kontekście przemian ustrojowych nie tylko w Rzeczpospolitej ale i w całej Europie, o przesłaniu Konstytucji 3 Maja, o cywilizacyjnej roli dworu w tamtych czasach – przy organizowaniu opieki medycznej dla chłopów, krzewieniu kultury, kształtowaniu postaw patriotycznych, krzewieniu oświaty na wsi – to tak jakby pisząc o całym długim życiu człowieka ograniczać się tylko do biegunek i bolesnego ząbkowania, których doświadczał. Przyjrzyjmy się jednak bliżej tej pańszczyźnie. Jak wyliczyli eksperci chłop pańszczyźniany, symbol skrajnego i nieludzkiego wyzysku był opodatkowany średnio na 30-40 %. Tymczasem współczesny polski podatnik pracujący na etacie i zarabiający dopuszczalne minimum, otrzymuje na rękę 1 286 zł. Pracodawca musi przeznaczyć na jego pensję aż 2 111 zł. Wydając swoją wypłatę na życie pracownik od każdej ceny zakupionego towaru musi zapłacić podatek VAT, który wynosi 23% (przyjmujemy, że akcyza równoważy zakup towarów objętych niższym VAT-em tj. żywność). Przez to tracimy kolejne 296 zł. Oznacza to, że realny poziom opodatkowania wynosi 53,1 %  a  polski podatnik jest bardziej wyzyskiwany niż pańszczyźniany chłop 500 lat temu! Można się zastanawiać na ile pozostaje to w niezgodzie z kanonami humanitaryzmu wykształconego na przestrzeni wieków w warunkach cywilizacji łacińskiej, której kołami zamachowymi były filozofia grecka, prawo rzymskie i religia chrześcijańska. W każdym razie na pewno w jaskrawej sprzeczności z tym humanitaryzmem pozostają – co polecam uwadze redakcji Polityki – już XX-wieczne niemieckie obozy koncentracyjne, komunistyczne łagry byłego Związku Radzieckiego czy obozy przymusowej pracy współczesnej Korei Północnej, które symbolizują niewiarygodną wprost pogardę dla człowieka. Na temat innych aspektów życia w  komunizmie nie czas i miejsce w tym opracowaniu się rozwodzić. Nie sposób jednak nie przywołać tutaj lektur „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna czy „Inny świat”  Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Po uwłaszczeniu chłopów, który to proces przebiegał nierównocześnie w krajach europejskich, na terenach dawnej Polski przekształcano tradycyjne szlacheckie majątki w często rentowne i nowoczesne przedsiębiorstwa rolne, zwłaszcza w Wielkopolsce. Tam, gdzie umiejętnie prowadzone majątki ziemskie przynosiły znaczne zyski, zmieniał się poziom życia całej społeczności wiejskiej. Zamożne dwory oferowały lepiej płatną pracę, niekiedy organizowały spółdzielnie rolnicze, do których należeli miejscowi chłopi. Dwory prowadziły też działalność charytatywną  – zakładały ochronki dla dzieci, wspomagały szkoły a nawet fundowały stypendia umożliwiające naukę najzdolniejszej młodzieży. Polecam tutaj lekturę o działalności i życiu słynnych wielkopolskich ziemian takich jak Dezydery Chłapowski, Maksymilian Jackowski, Edmund Bojanowski, August Cieszkowski czy hrabia Władysław Zamoyski, którzy sami żyjąc w ascezie działali na rzecz społeczności niższego stanu.

Zamazywanie, przemilczanie i fałszowanie historii oraz rzeczywistości wpłynęło na powstanie stereotypu myślowego odnoszącego się do osławionej „reformy rolnej” pkwn z 1944 roku i przedwrześniowych panów (przed 1 września 1939 roku). Iluż ludzi naprawdę szczerze nienawidzących komunizmu mówiło: „Jednak chłopom ziemię trzeba było oddać, przecież w sumie dokonała się jakaś sprawiedliwość dziejowa a przed wojną nikt o tym nie pomyślał, a na wsi była straszna nędza i głód ziemi”.

Tymczasem przed II wojną sukcesywnie przeprowadzano prawdziwą reformę, którą zahamował dopiero wrzesień 1939 roku. Na mocy ustawy o reformie rolnej z 15 lipca 1920 roku i ustawy z 28 grudnia 1925 roku, do wybuchu II wojny światowej rozparcelowano za odszkodowaniem około 2700 tysięcy ha użytków rolnych. Ustawa nie obejmowała lasów, parków oraz inwentarza. Do dalszego rozdziału w 1939 roku, w którym przeszkodziła wojna, pozostało 1724 tysięcy ha, które przewidywała ustawa a więc mniej więcej tyle, ile po wojnie rozparcelowali pomiędzy chłopów komuniści (zresztą tylko z powodów polityczno-propagandowych, bowiem wielkości przydzielanych działek nie miały ekonomicznego uzasadnienia) (Joanna Sypuła-Gliwa Dwór, pejzaż okaleczony). Z pozostałych gruntów odebranych ziemianom a także częściowo odebranych później i chłopom, utworzono coś na kształt sowieckich kołchozów – Państwowe Gospodarstwa Rolne. Dziś ogromna większość wchodzącej w ich skład ziemi należy do Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa, która za czasów rządów koalicji PO-PSL  przystąpiła w przetargach do masowej wyprzedaży swoich zasobów. Polską ziemię zaczęły wykupywać coraz częściej zamożne podmioty zagraniczne.

Podczas okupacji zarówno niemieckiej jak i sowieckiej znaczna liczba rodzin ziemiańskich została wyrzucona ze swoich majątków. Ludzie jednak jak ptaki wracają zawsze do swoich gniazd, choćby mieli je zastać wyszabrowane, zniszczone, w ruinie. Wspominając rodzinne sentymentalne, wycieczki do takich miejsc ciągle zadajemy sobie pytanie – jak długo trzeba będzie jeszcze czekać na stały powrót do rodzinnego domu…?

W powojennych latach w polskich miastach i na emigracji, pojawiały się często całe klany zubożałych ale dystyngowanych ludzi, często oprócz paru sztuk odzieży za cały bagaż mających wychowanie, wykształcenie i owo trudno definiowalne poczucie przynależności do grupy spojonej dziedzictwem zbiorowych doświadczeń i wspomnień. Te wartości ozdobione nielicznymi pamiątkami wykwintnej przeszłości – jakiś klejnot starej roboty, stara fotografia rodzinna, ryngraf, czy stara wyszczerbiona w służbie ojczyzny szabla – pozwoliły nie tylko nadać elegancki koloryt ich skromnemu życiu ale mimo wszystko także przetrwać. Świetność dawnych dni stawała się źródłem siły i opromieniała zgrzebną, nieprzyjazną teraźniejszość.

Po wypędzeniu mieszkańców i rozkradzeniu tego, co tylko się udało, ich siedziby przekazano społeczeństwu, czyli jak mówiono, masom ludowym, by zasypać przepaść dzielącą biednych od bogatych. Eksperyment upaństwowienia dworu jednak nie powiódł się, przeciwnie, stał się on pomnikiem gigantycznej, trwającej do dzisiaj, dewastacji materialnej kultury polskiej. Osoby, które kradły albo tylko przejmowały kradzione, najczęściej nie wiedziały co zrobić z łupem. Franciszek Starowiejski, autor najcelniej chyba ujmujących istotę problemu wspomnień (Opowieść o końcu świata) pisał, jak to Chroborzu Wielkopolskim dziury w drodze zasypano starodrukami a w jego rodzinnych Siedliskach z ukradzionych uprzęży wiejski szewc szył sandały. I wiatr powiał przez Polskę. Zdejmowano blachę z dachów i posadzki z podłóg, rąbano drzewa w parkach i niszczono szklarnie, książki o bibliofilskiej wartości szły na podpałkę, ich pojedyncze kartki na bibułę do skrętów, w delikatne kobierce wycierano obłocone buciory, w wywleczonych z komód i szaf szufladach dawano świniom jeść, tłuczono w wiejskich kuchniach kruchą, francuską, miśnieńską i angielską porcelanę…

Podobnie jak z nadwiślańskiego pejzażu jeden po drugim znikały siedziby ziemian, tak z pejzażu kulturowego powojennej Polski starano się wymazać wszelkie ślady i przejawy tamtej pańskiej, szlacheckiej Rzeczpospolitej. Nie było to zadanie łatwe i wielce musieli się natrudzić interpretatorzy historii i literatury, żeby nauczyć Polaków wszystkiego od nowa. Choć naród ze swej natury przekorny (wpływ szlacheckiej wolności właśnie!) zawsze swoje wiedział, niestety nie można powiedzieć, że praca tysięcy propagandzistów, wszystkich intelektualnych wyrobników PRL-u, całkowicie poszła na marne. Po sowieckim przejęciu własności prywatnej sięgnięto po bardziej subtelne metody – przy pomocy kpiny i satyry formowano nowy wzorzec wartości, zachowań, stylu życia a nawet mody. W Popiele i diamencie, najgłośniejszym dziele literatury socrealizmu, byli ziemianie to nie tylko drugoplanowe postacie schyłkowego świata, to symbole rozkładu, beznadziejności, dekadencji i wszystkiego co najgorsze. Zresztą ta akurat książka miała zohydzić całą  przedwojenną Polskę, jej system wartości, jej bohaterów z AK, na których tle zapalił Andrzejewski promienną gwiazdę towarzysza Szczuki, by pokolenia maturzystów polskich miały z kogo czerpać wzór i umiały odróżnić białe od czerwonego.

W propagandowej prasie i literaturze miejsce ziemian zajęli tak zwani obszarnicy. W „Przekroju” na kilka lat zagościł bohater rysunkowych dowcipów, przedwojenny burżuj Bęc-Walski, z głów pań i panów zniknęły kapelusze a rękawiczki prawdziwy obywatel i obywatelka zakładali tylko podczas tęgich mrozów, zapadały się pod ziemię salony a wraz z nimi dobre maniery. Każdy przejaw delikatniejszych gustów czy zachowań zyskiwał etykietkę „pańskich fanaberii”. Salony wprawdzie pojawiły się na powrót w naszym krajobrazie po 1989 roku ale już w zupełnie innym, karykaturalnie wynaturzonym znaczeniu – są to np. „salony” samochodowe, „salony” sukien ślubnych, „salony” wędliniarskie a nawet „salony” nagrobków. 

Puenta niech należy do przedstawicieli skazanej na zagładę ale mimo wszystko trzymającej się mocno warstwy społecznej – „Trudno oprzeć się wnioskom, że na skutek zagłady polskich elit historycznych, w formach obyczajowych i towarzyskich w odniesieniu do państw zachodnioeuropejskich zwłaszcza na szczeblu regionalnym, cofnęliśmy się znacznie. Znajomość języków to tylko pierwszy krok porozumienia. Pozostaje niepisany kodeks współżycia towarzyskiego, na co składają się podobne zainteresowania, maniery i sposób bycia, często wynikający z materialnego dobrobytu szeregu pokoleń, jaki niestety wojenne i rewolucyjne kataklizmy wykreśliły na wiele lat z naszej rzeczywistości” (Zbigniew Mieczkowski, Horyzonty wspomnień). Jednak dzięki swojej tożsamości kulturowej wykształconej na przestrzeni wieków możemy dzisiaj być odporni na wynoszenie do rangi cnót, przez różnych pożal się Boże heroldów nowoczesności –  hedonizmu, genderyzmu i relatywizmu moralno-etycznego.  Zachowamy także zdrowy rozsądek wobec innych trendów cywilizacyjnych, którym bynajmniej wcale nie zależy na asymilowaniu się w Europie a wręcz przeciwnie… Choćby z tego powodu nasza piękna, rodzima kultura szlachecka, której piewcami są m. in. Chopin i Mickiewicz, Kossak i Sienkiewicz, zasługuje na szczególną troskę i atencję. 

Poznań, 2018 rok